Festiwal Plus Camerimage 2009 skończył się dobry miesiąc temu, jednak przez małe zagmatwanie nie miałem kiedy zaktualizować tego serwisu. Wracając do tematu - tak się złożyło, iż byłem jednym z prelengentów na prawniczej części festiwalu. Moje wystąpienie skupiło się na zagrożeniach dla praw autorskich, powstających wraz z rozwojem nowych technologii. Postanowiłem zaprezentować tutaj, krótkie streszczenie mojego wykładu.
Państwo nie jest w stanie kontrolować Internetu
Wobec szybkiego rozwoju nowych technologii, a przede wszystkim wszystkiego tego co wiąże się z cyberprzestrzenią, czyli komputerów, telefonii komórkowej i nowych metod przesyłu danych pojawia się pytanie - czy da się za pomocą środków prawnych zabezpieczyć interesy twórców i zadbać o właściwą ochronę praw autorskich? Czy prawo jest w stanie nadążyć za rozwojem nowych technologii? Wydaje się, że przynajmniej część nowopowstałych problemów prawa można zlikwidować za pomocą odpowiedniego stosowania istniejących już norm prawnych, a spory rozgrywające się w cyberprzestrzeni da się rozwiązywać analogicznie do podobnych sytuacji znanych ze świata rzeczywistego. Jednakże ustawodawcy nie nadążają z dostosowywaniem starych przepisów do nowych realiów. Jednocześnie nie ma technicznej możliwości, aby dokładnie przewidzieć kierunku rozwoju technologii, tego jakie za miesiąc, dwa, czy rok pojawią się usługi i jakie wywołają one problemy prawne. Przedsiębiorcy zawsze będą o krok przed ustawodawcą i z punktu widzenia państwa prawa, jest to problem i to dość poważny. Trzeba tak manipulować przepisami, aby z jednej strony nie naruszać swobód obywatelskich i fundamentalnych zasad prawa, z drugiej trzeba zapewnić bezpieczeństwo wszystkim tym, którym państwo powinno je zapewnić. Często pewne interesy są nie do pogodzenia i wywołują długie batalie. Przykładem jest tutaj trwający w Komisji Europejskiej spór o poszerzenie zakresu dozwolonego użytku publicznego, w aspekcie przetwarzania cyfrowego i udostępniania przez biblioteki dzieł osieroconych. Z jednej strony mamy prawo dostępu do dóbr kultury i interes społeczny, z drugiej organizacje zbiorowego zarządzania które widza w dziełach osieroconych źródło sporego zysku, a po środku jest prawodawca, który czegokolwiek nie zrobi to komuś się narazi. Kolejną kwestią jest problem szczególnego charakteru relacji w cyberprzestrzeni. Wszędobylstwo internetu, jedna z jego największych zalet z punktu widzenia użytkownika, dla ustawodawców, jest wielkim znakiem zapytania. Jeden z Internet Service Providers, dostawców internetu, reklamuje się hasłem: „Internet jest wszędzie” i w haśle tym jest wiele prawdy. Bowiem każde zdarzenie, które ma miejsce w cyberprzestrzeni występuje w kilku miejscach. Często do jednego czynu można zastosować kilka różnych systemów prawnych - prawo właściwe dla miejsca w którym znajdował się sprawca, prawo serwera, prawo domeny czy prawo pokrzywdzonego. Zgodnie z artykułem szóstym polskiego kodeksu karnego czyn zabroniony uważa się za popełniony w miejscu, w którym sprawca działał lub zaniechał działania, do którego był obowiązany, albo gdzie skutek stanowiący znamię czynu zabronionego nastąpił lub według zamiaru sprawcy miał nastąpić. Dodatkowo w świecie wirtualnym wszelkie stosunki uległy digitalizacji. Oznacza to, iż np. utwory nie istnieją w formie materialnej, są oderwane od nośnika takiego jak taśma filmowa, płyta cd czy dvd. Te dwa zjawiska - wszędobylstwo internetu i digitalizacja bezpośrednio przekładają się na problemy ze stosowaniem znanych już norm prawnych w niezmienionej formie. Aby można było skuteczniej stosować choćby przepisy ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych trzeba dokonać w niej pewnych zmian, doprecyzować pewne pojęcia. Dodatkowo prawo międzynarodowe musi wypracować zestaw łączników pozwalających określić system prawny właściwy dla regulacji stosunków prawnych w cyberprzestrzeni. Nie istnieją bowiem jasne normy, mówiące o tym które prawo należy stosować w wypadku czynów popełnianych w Internecie. Nie ma też wspólnego prawa dla internetu. Istnieją co prawda pewne środki harmonizacji, pewne w miarę podobne normy, np. w prawie autorskim, które wynikają z konwencji międzynarodowych czy działań organizacji takich jak WIPO, mimo to w różnych miejscach świata ochrona praw autorskich, zakres dozwolonego użytku osobistego wygląda różnie. Tym samym czyn, który w Polsce będzie przestępstwem w innym państwie, może być przez prawo dozwolony. Często chodzi tutaj o drobne różnice, które w świecie materialnym nie odgrywają roli, w internecie zaś mogą być decydujące. Tak jest np. z prawem włoskim. Włoskie prawo autorskie karze rozpowszechnianie utworu bez zgody uprawnionego w sytuacji kiedy rozpowszechniający osiąga korzyść majątkową, polskie prawo penalizuje każdy przypadek nieautoryzowanego rozpowszechnienia. Jaka jest różnica? Taka, że włoski sąd najwyższy stwierdził, iż nie można karać, kogoś kto udostępnia pliki w internecie, jeżeli nie osiąga przy tym korzyści majątkowej, np. nie pobiera opłaty. Włoscy sędziowie stanęli bowiem na stanowisku, że zwyczajna wymiana plików, np. w sieciach p2p nie wiąże się z uzyskaniem korzyści majątkowej. Jest to o tyle ciekawe, że włoskie prawo autorskie, jest jednym z bardziej rygorystycznych w Europie. Dotyczy to jednak świata realnego, a nie internetu. Jeżeli chodzi o internet, jak widać jest inaczej i zgodnie z tą wykładnią 90% przypadków, które w Polsce byłyby przestępstwem we Włoszech nimi nie jest. Bez wątpienia taki stan rzeczy znacznie utrudnia ściganie pewnych przestępstw, bo w Internecie nigdy do końca nie wiadomo, które prawo zastosować.
Zabezpieczenia cyfrowe (DRM) mogą naruszać prawa użytkowników cyberprzestrzeni
Wobec digitalizacji utworów, ich szybkiego i niemalże niekontrolowanego przez Twórców rozpowszechniania się za pośrednictwem sieci Internet producenci i wydawcy zmuszeni byli znaleźć jakieś rozwiązanie, które uniemożliwiło lub chociaż utrudniłoby naruszenia praw autorskich. Pojawiła się koncepcja stosowania zabezpieczeń cyfrowych, szerzej znanych jako Digital Rights Management, czyli DRM. System DRM miał uniemożliwić nie tylko skopiowanie nośnika, ale wręcz nie pozwolić na odtworzenie utworu na urządzeniu innym niż to dla którego zostało przeznaczone. Dla przykładu, plik mp3 ściągnięty z popularnego serwisu muzycznego można było odsłuchać tylko na tym odtwarzaczu (np. komputerze, mp3 playerze, telefonie komórkowym) na którym został odpalony po raz pierwszy. Jak można się domyślać rozwiązanie to nie tylko nie spotkało się z akceptacją użytkowników, ale gdzie niegdzie zostały wręcz uznane za naruszające prawa konsumentów. Chodzi tutaj przede wszystkim o pozbawienie odbiorcy możliwości rozporządzania utworem w ramach dozwolonego użytku osobistego i wyczerpania prawa. Dozwolony użytek osobisty jest dość ciekawą instytucją prawną, o sporym znaczeniu dla konsumentów. Generalnie ustawa nie wiele mówi na jego temat - po prostu stwierdza, że coś takiego jest. I tu zaczynają się schody. Istnieje wiele różnych interpretacji jego zakresu i uprawnień, które ma użytkownik utworu. W każdym razie raczej nie ulega wątpliwości, że nabywca utworu może np. wykonać jego kopię, przegrać film z płyty na dysk twardy komputera, chociażby dla celów archiwizacyjnych. DRM - według Komisji Europejskiej te prawa ma ograniczać, a w sprawach ochrony interesów konsumenta to zarówno Komisja Europejska jak i nasz rodzimy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów są nieugięte. Niedawno mieliśmy nawet w Polsce przypadek gdzie UOKiK wymusił na producentach, m.in. na Warnerze zmianę treści informacji o prawach autorskich na opakowaniu płyt. Uzasadnione to było wprowadzaniem konsumentów w błąd właśnie w zakresie dozwolonego użytku osobistego - na płytach znajdowała się informacja, iż kopiowanie jest bezwzględnie zabronione, tym czasem nie jest to prawda. Wracając jednak do tematu DRM - w skrajnych przypadkach zabezpieczenia te sprawiały, że nabywca pliku tracił możliwość jego odtworzenia np. gdy zmienił odtwarzacz czy komputer tracił możliwość jego użytkowania. Tym samym niezgodność DRM z prawami konsumentów nie powinna nikogo dziwić.
Ściganie naruszeń prawa autorskiego w sieci na własną rękę jest nadzwyczaj trudne
W sytuacji kiedy Twórca stwierdza, iż jego prawa zostały naruszone pojawia się pytanie - co zrobić? Najprostszą odpowiedzią jest: „poinformować organy ścigania”. Jednakże tajemnicą poliszynela jest fakt, iż w sytuacji gdy sprawa nie ma wydźwięku medialnego to skuteczność działania czy to policji czy prokuratury będzie raczej znikoma. Sprawa najpewniej zostanie szybko umorzona ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu, tudzież z powodu braku możliwości wskazania sprawców. Co więcej - prawo karne w swej istocie stworzone jest dla ochrony interesów państwa, jako instytucji zbiorowej, nie zaś poszczególnych jego obywateli indywidualnie. Oczywiste zaś jest, że Twórcy bardziej zależy na odszkodowaniu za naruszenie, aniżeli na tym aby sprawca przestępstwa trafił „za kratki”. Tym samym poszkodowany musi albo przyłączyć się do trwającego procesu karnego - jeżeli taki istnieje - albo samodzielnie wytoczyć powództwo cywilne, lub dochodzić zawarcia ugody. Tutaj pojawia się kolejny problem - w internecie większość przestępstw popełniana jest przez anonimowych sprawców i ustalenie ich tożsamości, tak konieczne choćby dla wytoczenia powództwa, jest nadzwyczaj trudne. Niedawno pojawiły się praktyki ścigania naruszeń praw autorskich na własną rękę. Zjawisko to zapoczątkowane zostało we Włoszech, a obecnie próbuje się je stosować kilku innych krajach Wspólnoty Europejskiej, w tym w Polsce. Należy tutaj nadmienić, iż również Kancelaria Radców Prawnych i Adwokatów Adamczyk i Spółka ma pewne doświadczenia na tym polu. Schemat działania zawsze jest podobny - kancelaria adwokacka bądź agencja detektywistyczna wynajęta przez poszkodowanego za pomocą specjalnie spreparowanych aplikacji zbiera adresy IP z których nastąpiło rozpowszechnienie chronionego utworu. Następnie składane jest zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a zebrana pula adresów IP załączana jest jako dowód w sprawie. Prokuratura wszczyna postępowanie i uzyskuje do dostawców interetu dane osobowe osób, do których przypisane były adresy IP. Kancelaria reprezentująca poszkodowanego ma wgląd do akt sprawy, a więc może skopiować umieszczone tam informacje. Uzyskane w ten sposób dane wykorzystywane są w celu wytoczenia powództwa cywilnego, najczęściej jednak najpierw podejmowana jest próba zawarcia ugody przesądowej. Wydawałoby się, że taka metoda działania jest stosunkowo skuteczna, jednakże rodzi pewne kontrowersje, przede wszystkim związane z ochroną danych osobowych. Włosi, którzy jako pierwsi zaczęli stosować to rozwiązanie mogą „pochwalić” się pierwszymi orzeczeniami sądowymi dotyczącymi jego zasadności. W 2008 roku włoski Sad Najwyższy stwierdził, iż takie działania są niezgodne ze standardami ochrony danych osobowych i narusza ono w przepisy nie tylko ustawy włoskiej, ale także prawa międzynarodowego. Chodzi głownie o fakt, iż dane osobowe stanowiące dowód w procesie karnym nie mogą być przetwarzane przez poszkodowanego i wykorzystywane np. w celu zawarcia ugody. Orzeczenie włoskie spotkało się z aprobatą organizacji zajmujących się ochroną prywatności. Kolejnym problemem na jaki napotyka taki sposób działania na własną rękę są trudności dowodowe. Doktryna, jak i judykatura stoją bowiem na stanowisku, iż adres IP sam w sobie nie może stanowić dowodu w sprawie, a jest jedynie poszlaką. Oczywiście daje on podstawę do wszczęcia postępowania, zarządzenia przeszukania czy zatrzymania podejrzanego w celu złożenia wyjaśnień, jednakże na dalszym etapie staje się bezużyteczny, jeżeli nie zostanie podparty innymi dowodami. Adres IP nie wskazuje bowiem konkretnej osoby, która w danym momencie siedziała przy komputerze i dokonała naruszenia, nie wskazuje nawet konkretnego komputera, a jedynie urządzenie wyjściowe podpięte do sieci telekomunikacyjnej (np. modem, za pośrednictwem którego z internetem łączy się kilka komputerów). Pozwala więc on zawęzić krąg podejrzanych, nie wskazuje jednak winnego. Dlatego też poszkodowani w wyniku naruszeń praw autorskich mają twardy orzech do zgryzienia - ich możliwości są bowiem znacznie ograniczone. W cyfrowym świecie, gdzie umieszczone pliki „żyją własnym życiem” samo znalezienie potencjalnego sprawcy staje się poważnym problemem. Udowodnienie winy, a następnie wyegzekwowanie odszkodowania niejednokrotnie okazuje się wręcz niemożliwe.
Warto wykorzystać nowe technologie
Wobec braku skutecznych norm prawnych, trudności z egzekucją przepisów i z dochodzeniem swoich racji na własną rękę oczywiste jest pytanie: „co ma więc zrobić twórca?”. Sam w sobie może zrobić nie wiele. Wydaje się, że jakimś rozwiązaniem, jest wykorzystanie nowych technologii jako oręża, zmiana zagrożeń na możliwości. W pewien sposób zaczęły tak robić stacje telewizyjne, np. TVN. Mamy tutaj kazus „Świadka koronnego” - film udostępniono za niewielką opłatą - było to 12zł - w sieci w tym samym czasie gdy wyświetlano go w kinach. Podobnie robi się z serialami, dostępne są za kilka złotych w internecie przed telewizyjną premierą. Takie działanie pozwala zarobić producentowi, zanim nielegalne kopie pojawią się w sieci. Co więcej wielu użytkowników będzie wolało zapłacić kilka złotych i mieć gwarancję, że obejrzą to co chcą, w bardzo dobrej jakości - nie ryzykując ściągania plików zainfekowanych jakimś wirusem, czy filmu którego nie chcieli. Takie rozwiązanie oczywiście nakłada na producenta szereg wymogów prawnych i pewne ograniczenia, chociażby związane z omawianym wszędobylstwem internetu. Aby uniknąć wchodzenia w kolizję z innymi systemami prawnymi często dostępność takiego utworu ograniczona jest do adresów IP z puli jednego państwa. Tym samym np. z terytorium Polski nie da się obejrzeć materiałów BBC. Jeszcze dalej poszli wykonawcy muzyczni - Nine Inch Nails udostępniło na swojej stronie całą nową płytę do pobrania za niewielką dobrowolną opłatą. W przeciągu miesiąca zarobili kilka milionów dolarów, w ich ślad poszły kolejne zespoły i również osiągnęły finansowy sukces. Dodatkowo publikacja płyty w internecie redukuje koszty związane z wytworzeniem nośnika materialnego. Co więcej część z wykonawców muzycznych otwarcie zachęca swoich fanów do tego aby zanim kupią płytę najpierw pobrali ją z internetu. Takie stanowisko wyraził m.in. lider zespołu Behemoth , Adam Darski znany jako Nergal, na łamach gazety „Metro” i wywołał tym samym ostrą dyskusję na temat sensu walki z piractwem w internecie. Adwersarze Darskiego, a wśród nich Kazik Staszewski nie przebierali w epitetach, jednakże płyta Behemotha należała nie tylko świetnie sprzedała się w kraju, ale znalazła się też w rankingu najlepiej sprzedających się płyt wg. prestiżowego magazynu Billboard. |